Przestępstwo doskonałe

Zima to najfajniejsza pora roku, pod warunkiem że spadnie śnieg. Wiadomo. Możecie więc sobie wyobrazić, co czułem, kiedy wczoraj rano zobaczyłem grubą warstwę białego puchu przed moim domem. Trudno było uwierzyć, że napadało go aż tyle. Mogłem wreszcie założyć śniegowce i – zamiast pojechać do szkoły rowerem – pójść piechotą, żeby trochę się śniegiem nacieszyć. Niezłe uczucie grzęznąć w zaspach i z trudem wyciągać z nich nogę. Musiałem tylko pilnować czasu. Limit spóźnień w tym semestrze miałem wyczerpany.

W szkole wszyscy mówili tylko o tym, że przyszła prawdziwa zima. W czasie lekcji znów zaczęło padać, więc umówiliśmy się, że po zajęciach zostaniemy trochę dłużej, żeby ulepić bałwana. Trudno było wysiedzieć do końca, ale daliśmy radę.

– Kto mi pomoże? –  Pchałem olbrzymią kulę śniegu i choć na drugie śniadanie zjadłem chyba ze cztery marchewki i jabłko, to czułem, że tracę siły.

– Daj! – zaproponowała Mee. Próbowaliśmy więc razem pchać olbrzymią masę śniegu, ale po kilku krokach musieliśmy się poddać.

– To świetne miejsce. Dokładnie przed oknem naszej stołówki – zauważył Uchol. – Każdy będzie mógł sobie na niego popatrzeć, na przykład podczas przerwy śniadaniowej.

Bałwan stanął więc właśnie tutaj. Pomogłem Ucholowi z jego śniegową kulą. Kiedy Miau dołożyła głowę, bałwan był prawie gotowy. Mee zrobiła mu nos z marchewki i jabłkową buzię. Oczy zrobiliśmy z szyszek, a ramiona z suchych gałęzi. W szatni jest takie pudło, gdzie trafiają ubrania, które w różnych okolicznościach straciły właścicieli. Wybraliśmy więc części garderoby dla naszego nowego śniegowego kolegi.

– Wygląda super! Jolie! – zachwycała się Miau, opatulając go ciepłym szalem. Czapka była trochę za mała i  opadała na bok, ale nikomu to nie przeszkadzało.

Tutaj zaczyna się najciekawsza część tej opowieści, bo kiedy dziś rano przyszedłem do szkoły, moi przyjaciele mieli nietęgie miny. Ktoś zniszczył naszego bałwana!  Nie miał nosa i  buzi, a jego ramiona były połamane i rzucone obok.

Mee uznała, że biedaczysko mógł paść ofiarą gangu niszczycieli bałwanów. Zaproponowała, żebyśmy przeprowadzili śledztwo: przeszukali teren, zabezpieczyli ślady i znaleźli winnych. Od razu przystaliśmy na tę propozycję. Dochodzenie utrudniał jedynie fakt, że w nocy napadało śniegu, więc nasz bałwan był pokryty jego świeżą warstwą. Dookoła nie znaleźliśmy ani jednego śladu! Mee powiedziała, że to szczególnie trudny przypadek, przestępstwo doskonałe i że trudno będzie znaleźć sprawcę.

– No i co teraz? –  Uchol był niepocieszony.

Musimy zastawić pułapkę!  – odpowiedziała tajemniczo Mee.

– Czyli co niby? – zapytaliśmy chórem, domagając się w ten sposób wyjaśnień.

– No zwyczajnie. – Mee wzruszyła ramionami, a potem zrobiła gest, żebyśmy podeszli bliżej. Sprawa była poufna. Nie powiem, Mee ma głowę na karku.

Plan Mee był bardzo sprytny. Zakładał bowiem, że sprawca może wrócić na miejsce przestępstwa, a my przyłapiemy go na gorącym uczynku. Na przerwie śniadaniowej nasz śniegowy kumpel odzyskał swoją bałwanią twarz. Znów miał marchewkowy nos i  buzię z jabłek. Dorobiłem mu także ręce, bo bez nich wyglądał jakoś bez sensu. Potem schowaliśmy się w stołówce i obserwowaliśmy teren zza zasłonki. Miau siorbała mleko, a my chrupaliśmy marchewki i jabłka, które dostajemy w ramach „Programu dla szkół”. Nagle wokół bałwana zrobiło się jakieś zamieszanie. Najpierw podleciał mały wróbel i skubnął naszego kumpla w nos. Zrobił tak kilka razy i odleciał. Zaraz po nim przyleciały dwie czarne wrony. Jedna usiadła na jego ramieniu, ale była za ciężka i ręka bałwana odpadła. Jej koleżanka wydziobała w tym czasie jabłko i zniknęła. Ta pierwsza próbowała ją dogonić i odebrać zdobycz. Wszystko było jasne. Niszczycielski gang bałwanów został zdemaskowany. To dlatego nie mogliśmy znaleźć żadnych śladów. Śnieg był za głęboki, żeby ptaki mogły po nim chodzić.

Przyznam, że byłem trochę rozczarowany. Miałem nadzieję na jakąś dziką akcję, jak w filmach, gdzie trzeba gonić przestępcę.

– No to mamy pełne ręce roboty. – Mee nie wyglądała na zawiedzioną.

Zadzwonił dzwonek i musieliśmy wracać do klasy. Tutaj Mee opowiedziała nam o swoim pomyśle. Kiedy zimą spadnie dużo śniegu, ptaki nie mają szans znaleźć pożywienia. Głęboki śnieg bardzo im to utrudnia. Musimy im pomagać.

Dlatego powinniśmy się zmobilizować i wybudować dla naszych ogrodowych skrzydlatych przyjaciół porządny karmnik – dodała na koniec.

Pani Sowa pomogła nam wymyślić, jak powinna wyglądać taka ptasia stołówka. Uchol w tym czasie sprawdził w internecie, co ptaki mogą jeść, i zrobił specjalny informator, który potem zawiesiliśmy obok karmnika. My mieliśmy nasz „Program dla szkół”, a w nim zdrowe mleko, jogurty, owoce i warzywa. Ptakom też się zimą coś należało, na przykład ziarna słonecznika, suszone owoce, orzechy czy płatki owsiane. Ptasia stołówka stanęła obok naszego bałwana. Teraz śniegowy ziomek ma towarzystwo, a ptaki – solidny zimowy posiłek. I chociaż obyło się bez pogoni za przestępcami, akcja okazała się megafajna.